Pierwszy raz od dawna gramy przeciwko porządnej, solidnej europejskiej defensywie i... nasza drużyna praktycznie nie istnieje.
Zagrożenia pod bramką rywali - niemal zero, dwa razy Piszczek tylko zmusił ich do wysiłku.
Strzałów na bramkę zero.
Pomysłu zero - a właściwie jeden, który wszyscy doskonale znają. Podać do Kuby i niech on się martwi co dalej.
Personalnie:
Lewandowski - bezradny, odbija się jak od ściany od obrońców
Obraniak - beznadzieja, milion strat
Mierzejewski - przynajmniej wrzucił parę piłek ze skrzydeł, ale nie było do kogo
Kuba - próbuje szarpać, jak zwykle musi grać sam.
Nasza obrona pod pressingiem to klasyczna sytuacja typu "ratuj się kto może". Panika i popłoch.
Jodłowiec - wiadomo. Wielki wystraszony klocek drewna.
Kuba, Piszczek i może Mierzejewski z pola jeszcze coś grają. Reszta do zmiany.
Szczęsny może jeszcze nie teraz, ale mam nadzieję, że za parę lat będzie to taki gość, który po takiej pierwszej połowie w szatni będzie robił piekło.