Strona 4 z 4 < 1 2 3 4
Opcje tematu
#6642144 - 28/03/2016 20:53 Re: Bieganie [9] [Re: Conrad]
lupus Offline
antimadrista

Meldunek: 06/01/2005
Postów: 26258
Skąd: Fenway Park, Boston, MA

Do góry
Bonus: Unibet
#6675406 - 17/05/2016 14:10 Re: Bieganie [9] [Re: Conrad]
Koski Offline
Carpal Tunnel

Meldunek: 11/08/2005
Postów: 3988
Skąd: BayArena
Witam wszystkich po długiej przerwie laugh

Mam pytanie, czy jest jakaś ekipa, która gra w piłkę w Poznaniu i można się do niej dołączyć laugh ?

Do góry
#6675415 - 17/05/2016 14:58 Re: Bieganie [9] [Re: Koski]
Biszop Offline
Bohater na zawsze nieśmiertelny. Mały Żołnierz nie odszedł. On wyruszył w drogę na mecz wyjazdowy...

Meldunek: 24/11/2003
Postów: 24788
Skąd: Pod barem w Zurichu
Dobrze grasz? grin

Do góry
#6675551 - 18/05/2016 14:22 Re: Bieganie [9] [Re: Biszop]
Koski Offline
Carpal Tunnel

Meldunek: 11/08/2005
Postów: 3988
Skąd: BayArena
Originally Posted By: Biszop
Dobrze grasz? grin


Przeciętnie, ale ostatni raz w piłkę grałem ze 100 lat temu wink

Do góry
#6676138 - 19/05/2016 13:58 Re: Bieganie [9] [Re: Conrad]
mikado Offline
newbie

Meldunek: 26/02/2011
Postów: 27
słuchajcie. Trochę biegam, głównie w lesie. potknąłem się i chyba naciągnąłem mięśnia. Trochę boli. Nie bardzo widzi mi się przerwa w treningach. Da radę jakoś to załągodzić? Wynalazłem na necie żel chłodzący Dip Rilif z Ibuprofenem. Będzie to dobre na taką kontuzję?

Do góry
#6677165 - 22/05/2016 10:25 Re: Bieganie [9] [Re: Conrad]
Realista Offline
member

Meldunek: 25/07/2009
Postów: 118
Panowie jakie buty polecacie do biegania po kostce brukowej/asfalcie , do 200 zł ?

Do góry
#6679217 - 26/05/2016 13:59 Re: Bieganie [9] [Re: Realista]
[T]-error Offline
I see dead people

Meldunek: 04/08/2001
Postów: 19697
Skąd: Elbląg
Tak nieśmiało i mimochodem, w ub sobotę "pyknąłem" Runmageddon (rekrut) ooo

Teraz przygotowania do 10km Bieg Piekarczyka a we wrześniu kolejny Runmageddon tym razem w nocy smile

Do góry
#6681698 - 30/05/2016 09:07 Re: Bieganie [9] [Re: Conrad]
Trewor Offline
veteran

Meldunek: 23/12/2001
Postów: 1483
14th Zurich Marathon - Fastest Sightseeing Tour
  • Miejsce: Zurych
  • Data: 24.04.2016
  • Dystans: 42 km 195 m
  • Oficjalny czas: 3:13:45.7 New PB
  • Tempo: 4:35/km
  • Open: 364/2616
  • M30: 119/560 <1/4 - 523th, 1/2 - 490th, 3/4 - 438th, 1 - 364th>
  • Nie ma Cię na endo to nie istniejesz

Idea maratonu powstała dawno, dawno temu zanim jeszcze ACL w lewym kolanie powiedział/krzyknął "pstryk". Wszystko zaczęło się w V w. p. n. e., kiedy to... OK, nie będę tutaj przynudzał o starożytnej Grecji, tudzież inszej historii... wystarczy, że za jakiś czas będę pewnie opisywał jak wyglądały moje posiłki.
Na początek miał to być Kraków '15 i w sumie... po trochu był. Ale jednak z powodu - wspomnianego wcześniej - powodu, plany trochę się przesunęły na mej osi czasu.

W sierpniu '15 wziąłem udział w konkursie "Podróżuj z Frankiem" i udało mi się wygrać tygodniowy pobyt w Wallisellen <od nd do nd>. Pierwszą zaplanowaną wycieczką <zaplanowaną - duże słowa, pomysł zapewne powstał w nd wieczorem smile > był wypad do Zurychu położonego ~8 km <czyt. dwie stacje pociągiem> właśnie od Wallisellen. Podczas spaceru po spokojnych, cichych, malowniczych uliczkach tegoż miasta pomyślałem sobie: dlaczegóż by nie jednak właśnie tutaj rozpocząć swoją przygodę z czterdziestoma dwoma km. Potem był jeszcze rowerowy, jednodniowy i dwudniowy wypad po tamtejszych górkach, ale o tym może innym razem.

Pomysł na miejsce startu był, a więc trzeba było przejść do planu realizacji - czyli zobaczyć czy tam w ogóle jakiś maraton mają. Okazało się, że na 24 kwietnia '16 zaplanowany był 14th Zurich Marathon. Nie pozostało mi nic innego, jak zerknąć na wpisowe, orientacyjne ceny biletów i... poszukać sponsora, który byłby chętny partycypować w kosztach <kto nie ten-tego, to wujek Google służy pomocą wink >. Skrzynka mailowa dosyć szybko zapchała się różnorakimi ofertami. Jedne były gorsze, a inne jeszcze gorsze. Zaciekawiła mnie jedna, która nadeszła koło października '15. Była o tyle atrakcyjna, że zapewniała m. in. miejsce noclegowe, co już dawało spory komfort umysłu, a jak powszechnie wiadomo wszystko to stan/kwestia umysłu. Koło grudnia '15 zasiadłem przy jednym stole ze sponsorem, aby spróbować dograć szczegóły wyjazdu. Kiedyś może i mieliśmy czasami problemy, żeby się dogadać, ale teraz bariera językowa i inne takie już nie są problemem. Wszystko przebiegało w przyjaznej, rodzinnej, świątecznej atmosferze i tuż po połamaniu się opłatkiem oraz zjedzeniu karpia można było przystąpić do rejestracji on line.

Tutaj doszło do małego nieporozumienia i pierwszego "zgrzytu". Podczas wypełniania formularza należało wybrać przewidywany czas ukończenia maratonu. Ja optowałem za 3:20, co zostało skomentowane słowami: Out of curiosity, that marathon time - 3:20, have you already run a full marathon? Nie ma to jak wiara sponsora... Odpowiedziałem: It's not your business and You're lucky that I'd not fill 3:05. Owego wieczoru jeszcze nie zdawałem sobie sprawy, że I can do even 3:05 or less.

Zarejestrowany, wpisowe opłacone... nie pozostało nic innego, jak zacząć się do tego w ogóle przygotowywać smile. Do tej pory pracowałem na autorskim planie treningowym, który sam tworzyłem. Opierałem się głównie na trzech akcentach tj. podbiegi, interwały i przebieżki. Na stronie Piotra Książkiewicza <organizator cyklu biegów City Trail> znalazłem odpowiadający mi 12-tygodniowy plan treningowy na 3:15. Akcenty akcentowane w tymże planie pokrywały się z tym, co robiłem dotychczas, także uznałem, że to może być/to będzie to. Z matmą problemów nigdy nie miałem, także ułożyłem szybkie równanie: 24 kwiecień - 12 tygodni = &#8230; 1 luty. Do tej daty były wybiegania do ~20km, Bieg Utopca w Bieruniu, Bieg Spełnionych Marzeń w Mysłowicach i City Traile. Oprócz tego 2 razy w tygodniu ćwiczenia typu Gym Break i Focus T25 <dzięki DP>. A i nawet raz trafiły się narty w Wiśle-Cieńków. Wraz z datą 1 lutego wszelkie sporty odeszły na bok... łącznie z bieganiem. Ze zdrowiem było tak se i oficjalny początek przygotowań datuje się na 6 lutego. 5 treningów tygodniowo, kilometraż tygodniowy w okolicy 80 km i tyle. Punktem kontrolnym przygotowań miał być/był Półmaraton Żywiecki. Przypadł on na 20 marca. Ukończyłem go w czasie 1:25:51, czyli pobiłem swój PB z płaskiego Krakowa o dwie i pół minuty <1:28:21>. Wynik plus dotychczasowe - jak ja to nazywam &#8211; miażdżenie planu na 3:15 napawało optymizmem i dawało do myślenia. Do ostatniego weekendu przed maratonem - do oficjalnych mediów podam informację, że - wszystko przebiegało wg planu. Całe te przygotowania mają dwie strony, ale my skupmy się na tej cyferkowej, bo ta akurat przebiegała w miarę pomyślnie.

22 kwietnia - piątek

Chwila w pracy, spotkanie z Najlepszą :p, jakieś resztki pakowania i o 14:40 lot... właśnie ze wspomnianego wcześniej Krakowa <stąd to wcześniejsze: i w sumie... po trochu był>. Przy pakowaniu było sporo pytań po co mi bagaż dodatkowy. Był on o tyle pomocny, że tak czy inaczej mogłem go mieć <umowa sponsorska>, a pakowanie było z nim o wiele łatwiejsze. W planach był sobotni rozruch, także trzeba było mieć dodatkowy zestaw ciuchów plus pogoda miała być zmienną <bo jak jeszcze nie wiesz, to za chwilę się o tym dowiesz>. W związku z tym trzeba było mieć kilka opcji w zanadrzu. Zapewne jakbym jechał na tzw. weekendowe zwiedzanie to pewnie wystarczyłaby mi torebka na dokumenty i tyle <kwestia podejścia i priorytetów>.

Na lotnisko rzuciłem się sam, a z powrotem auto odwiózł Tata. Nadanie bagażu, rzut okiem na ceny na - już tylko - tzw. bezcłówce, mail do Przyjaciela z prośbą o pomoc/podpowiedź odnośnie cen <spał - no bywa tongue > i odlot. Ceny niby niższe <leciałem poza UE>, ale kilka złoty w kieszeni w zamian za noszenie zakupów po dwóch lotniskach i w drodze do "hostelu"... wg mnie nie warto.

Lot jak lot. Siedziałem w czwartym rzędzie. Zaraz za kierowcą, także stewardessa <niestety więcej o niej napisać nie mogę ;)> szybko dotarła do mnie z kanapką i czymś do picia >woda, herbata, kawa, cola - wybór był prosty>. Jak przeszła cały samolot i wracała z koszem, to ja już spałem i tylko czułem, jak mi wyciąga z ręki kubek z papierkiem po kanapce z "hamem". Zdążyłem się obudzić pod koniec na jakieś widoki, bo chmury były całkiem ciekawe. Lądowanie, wysiadka, wyjście już poza "strefę" i... rzut oka wokoło, ale Brat nie rzucił mi się w oczy... no bywa. Trochę się pokręciłem i po 10/15 min. pomyślałem, że w sumie może zadzwonię, bo - jak mi to Ktoś gdzieś/kiedyś - telefon po to ma dzwonek. On oddzwania <wiadomo... partycypowanie w kosztach> i jakoś próbujemy się namierzyć. Mówiąc co widzę obracałem się i w końcu zobaczyłem... Go. Stał tuż obok, zaraz na przeciwko wyjścia ze strefy, no ale że miał jakąś "żółtawą" koszulkę, której nie kojarzyłem, to za pierwszym razem nie rzucił mi się w oczy <trzeci raz w krótkim odstępie czasu użyłem słowa "rzucić" &#8211; wiem, za dużo>. On z kolei - jak się okazało - sobie tam siedział i czytał coś na telefonie. Także generalnie - pełen spokój z obu stron.

Tramwaj, podejście pod słynne schody i mieszkanie/"hostel"... A nie... jeszcze wcześniej przecież był łosoś i moje "more rise, please" na lotnisku. W drodze do mieszkania padła decyzja, że jeszcze w pt skoczymy po numer startowy do Zurichu <to lotnisko z Zurychem ma wspólnego tyle co Balice z Kato czy Pyrzowice z Krk... czy tam na odwrót>. Pociąg, dwie stacje &#8211; Zurich, potem coś... i stacja Salsasporthalle czy jakoś tak. Na płycie hali rozkładali się ze stoiskami, a kilka już funkcjonowało. Odbiór numeru <kobieta w sumie starsza bym ją określił> dała mi worek z uposażeniem bez okazywania dowodu czy tym podobnego. Powiedziałem jej jaki nr, nazwisko, a gdy próbowała przeczytać je z listy to tylko jej potwierdziłem, że ja to ja. Jeśli chodzi o pakiety to... w worku dostałem numer startowy z ticketem na pasta party i z biletem na całą komunikacją pociągowo-tramwajowo-autobusową w dniu maratonu. Tam nie trzeba mieć 38 biletów od 64 dostawców, żeby się poruszać po mieście. Jakbym miał to ocenić to pewnie skromnie, ale jakoś nie biorę się za ocenę tego i jakoś mnie to w ogóle nie ten.... Najważniejsze, czyli nr i chip dostałem... <koszulka czekała na mecie>.

Runda w okół sali i powrót. Wpierw na nogach na linię startu, a potem już Bahnhofstrasse <ta główniana ulica z drogimi sklepami, jak to ją zawsze określam>. Pt, godz. 20.00, a ludzi można powiedzieć, że zero... dobry klimat. To był właśnie taki mały rekonesans, bo wiedziałem, że tamtędy przebiega końcówka <40/41 km> trasy, a - jak się miało okazać - też i wcześniejszy odcinek, ale o tym później... jeśli dotrwam, bo dwie pół strony zapisane, a ja jeszcze nawet nie zacząłem biec <generalnie mam dobry trening do pisania bez patrzenia, bo niestety czasami ciężko się zmotywować i się idzie na łatwiznę. A przecież wiadomo, że pisanie bez patrzenia to winien być standard :-P >.

Do Wallisellen dotarliśmy jakoś koło 21.00, a tam to już w ogóle sielanka. W domu plany na sb <czyli jak, gdzie i co jeść>.

23 kwiecień - sobota

Sobota przebiegała pod hasłem jedzenie.
Z rana lekki rozruch na stadionie i po okolicy. Sporo pozdrowień od przechodniów <grüezi>, itp. <curling, golf, trening piłkarzy>. Powrót, leżakowanie, śniadanie... które jak skończyłem, to już mieliśmy wychodzić na pierwszy makaronowy obiad. W planach były jakieś sklepy plus właśnie obiad, a wszystko to na miejscu w galerii. Tamtejszy food court/food land wygląda w ten sposób, że chodzi się po powiedzmy stoiskach i można samemu nakładać co i ile się chce. Trochę nam tam zeszło, więc zrezygnowaliśmy z tzw. pasta party. Na drugi obiad kupiłem ryż w markecie i zrobiłem go w domu z jogurtem. Dom, gotowanie ryżu, jakiś tenis i piłka na laptopie, kolacja <chleb z miodem> i... miałem zamiar jeszcze miło... - OK, co by nie używać za mocnych słów zostanę tylko przy &#8211; miałem zamiar spędzić czas z Bratem. Obiecałem mu, że pogadamy i takie tam inne bzdety, aż tu o 22.07 otwieram maila, a tam niczym piorun z nieba: "&#8230; spać!". No to cóż mi pozostało... tongue .

24 kwietnia &#8211; niedziela

Rano pobudka o 5.30. Śniadanie <dwie kromki z miodem>, pakowanie ciuchów, butów, żeli... i o 6:25 jakoś mieliśmy pociąg. Cztery stacje i przez Zurych dotarliśmy na dworzec w okolicy linii startu. Wysiadka i pięciominutowy spacer. W pewnym momencie przed nami utworzyła się grupa osób, więc najprościej było iść za nimi. I teraz "komizm" sytuacji... na czele tej grupy szła... niewidoma dziewczyna z przewodniczką. Po chwili odłączyliśmy się od grupki <no bywa...>, bo zrobiło się za tłoczno, a przecież wszystkie drogi prowadziły na start.

Lokalizacja szatni to - mythenquai beach <swimming beach>, czyli wydzielony teren z plażą, właśnie szatniami, jakiś pomost, miejsce do pływania, prysznice wolno stojące na zewnątrz... Szatnie, jak szatnie. Przebranie się, decyzje jakie ciuchy <koszulka na ramiączkach okazała się być żartem>. Wyjście, deszcz, rozgrzewka, zajęcia miejsca w strefie startowej, rozmowa z "lokalsem" i po wystrzale startera... śnieg <jak zresztą uwidzisz w galerii poniżej>. Jeśli chodzi o tłok na starcie to... go nie było. Jakbym się uparł to byłbym w przodzie bardziej niż podczas niejednych zawodów w Polsce/w których brałem udział dotychczas. Jak o tłoku mowa to w imprezie wzięło udział ~9k osób, ale oprócz maratonu był jakiś Cityrun i Teamrun. Jeśli chodzi o sam maraton to ukończyło go jakoś ~2.6k, czyli luźno <z tego okresu dla porównania Warszawa ~6.5k, Kraków ~5.5>. W latach wcześniejszych wyglądało to podobnie. W innych szwajcarskich miastach, jak Basel czy Lucerna występują zbliżone liczby. Tam z kolei przy okazji maratonu organizowane są półmaratony i one cieszą się większą popularnością... ale to w sumie jak wszędzie.

Rozgrzewka wzdłuż plaży przy jeziorze Zuryskim nie należała do najprzyjemniejszych. I nie chodzi o widoki, bo te&#8230; <no właśnie>, ale o temperaturę, która była &#8222;zimna&#8221; i o rozpoczynające się opady deszczu. Podczas standardowej rozgrzewki napotkałem łabędzia, ale nie udało nam się znaleźć wspólnego języka&#8230; życie. Po rozgrzewce ustawiłem się w strefie startowej 3h06&#8217; - 3h20&#8217;. Z miejscem nie było problemów i nie było potrzeby rozpychać się łokciami. Nie wiem czy największą trudnością/wyzwaniem nie było ściągnięcie bluzy przed startem&#8230; Już nawet nie chodzi o to zimno czy deszcz, ale o&#8230; śnieg, który zaczął dyskretnie padać z nieba. Musiałem ciekawie wyglądać <OK, nic nowego tongue >, bo w strefie startowej ktoś nawet proponował mi swoją bluzę/T-shirt, a cała sytuacja wyglądała tak&#8230;

On: #%#$^%

Ja: In English please. <...>
On: I see that you're freezing, so I can give you my shirt, no problem. <Widzę, że marzniesz. Mogę Ci dać moją koszulkę, nie ma problemu.>
Ja: No, thanks, I'll warm up on track. <Nie, dzięki. Na trasie już będzie OK.>
On: So where are you from? <A więc skąd jesteś?>
Ja: From Poland. <...>
On: No to cześć. <no to cześć smile >
...

Drei, zwei, eins&#8230;

Tempo na pierwszą połówkę miało było ~4:35/km, także nie pozostało nic innego, jak pilnować się, hamować i je utrzymywać. Początek trasy przebiegał przez najgłówniejszą ulicę Zurychu, czyli Banhofstrasse. Rozciąga się ona z dworca głównego <nie uwierzycie, ale po niemiecku dworzec to będzie&#8230; Banhof&#8230; przypadek?> do samego jeziora. Wzdłuż tej ulicy rozlokowane są tzw. najdroższe okoliczne sklepy firmowe. W sierpniu &#8217;15 na tej ulicy udało mi się zjeść dwie gałki lodów <bodajże pistacja i wanilia, ale głowy nie dam&#8230; tak, raz na jakiś czas też jadam lody>. Wzdłuż tej ulicy można było napotkać kibiców, turystów tudzież innych - którym nie udało się uciec przed zimnem, deszczem i śniegiem. Kolejne km przebiegały spokojnie. Czucie w dłoniach/palcach straciłem dosyć szybko <yy.. już przed startem? po pierwszym km?&#8230; whatever>, ale mimo to udawało się w miarę spokojnie przeskakiwać po ekranach Fenixa w ramach potrzeby. Pierwsze 10 km krążyło się w okolicach centrum. Stety/niestety nie zawsze udawało się wyhamowywać tempo i niektóre z tych km kończyły się ~4:25/km. Linia 10 km była narysowana/nakreślona na linii startu. Dopiero po tej pierwszej 1/4 dystansu mieliśmy się udać w trasę wzdłuż malowniczego jeziora. Oprócz kibiców/turystów/przypadkowych przechodniów nieodzownym elementem tej części biegu był&#8230; śnieg <tak, tak&#8230; cały czas się sypał>. Półmaraton pokonałem w czasie 1:37:06, co daje tempo 4:36/km. Przy życiówce na 21,097 km 1:25:51 tempo wyszło 4:04/km, więc nie ma co się dziwić, że tą część dystansu można nazwać zabawą. Od tego momentu trzeba było delikatnie przyśpieszyć do ~4:25/km, co w miarę się udało/udawało i do 30 km bieg w dalszym ciągu był zabawą. Nawrotka na 26 km była zlokalizowana w miejscowości Meilen. Pora przedpołudniowa, sporo ludzi i &#8211; ciekawostka &#8211; śnieg ustał i powoli wracało czucie w dłoniach.

Tak jak pisały <jeśli to możliwe> mądre książki bieg zaczął się po 30 km. Nogi zrobiły się trochę cięższe. Dramatu nie było, ale tempo spadło o te kilka sekund do początkowego ~4:35/km. Jakoś w tych granicach zauważyłem za Się &#8222;husarię&#8221; z napisem 3:15. Postanowiłem do nich dołączyć i zobaczyć co się stanie. Biegło się całkiem dobrze. Nie trzeba było o niczym myśleć, tylko skierować wzrok w jeden punkt i &#8222;mielić&#8221; asfalt butami. Jednak tempo pacemakerów na 3:15 było ciut za słabe dla moich boostów i &#8211; znowu - odłączyłem się od grupy, spokojnie kręcąc swoje w granicach 4:33/km.

Kolejne km mijały, głowa powoli zaczynała się aktywować/pracować i rozpoczynała wsteczne odliczanie. Tzw. &#8222;kryzysowe km&#8221; minęły nawet bez kryzysu. Tempo było ciężko utrzymać, ale jakoś drastycznie nie spadło. 41 km po raz drugi prowadził przez wspomnianą już Banhofstrasse. Dało się już wyczuć atmosferę końcówki wyścigu, a o tym że czułem/czuję connection z tym miejscem niech świadczy tempo tegoż odcinka&#8230; <4:09/km>. Ostatni km to tradycyjne 4:35/km. Na kilkaset metrów przed metą przygotowanie do finiszu, ale nie tempem tylko wyglądem <czyt. zdjęcie opaski z głowy>. Linię mety przekroczyłem z czasem 3:13:45. Nie da się ukryć, że była to/jest to moja życiówka na tym tzw. królewskim dystansie. Jednak zważywszy, że było to moje pierwsze 42 km było to/jest to oczywistą oczywistością. Jednak w momencie przekraczania linii mety nie było tego czegoś, co towarzyszyło mi 19.09.2015 czy też 24.10.2015, także...

Czy jestem zadowolony? Będzie lepiej... Jednak przekonałem się, że łatwiejszą i bardziej przyswajalną odpowiedzią jest: &#8222;tak, tak... dziękuję&#8221;. Może i nie wiem od której strony powinno się zaczynać wieszanie firanek <akurat ich nie preferuję>, ale o innych niektórych rzeczach już jakąś tam książkę przeczytałem wink.

Po biegu była chwila dla mnie, dla fotoreportera i w końcu przyszedł czas na prysznic. Były one o tyle ciekawe, że aby się do nich dostać, trzeba było wyjść z szatni na zewnątrz i udać się do mobilnego wozu. Woda ni to ciepła, ni to zimna, ale że ściany i drzwi były z plandeki to nie zamykaliśmy ich, co owocowało lekkim powiewem chłodnego, rześkiego powietrza znad jeziora smile. Bez większego celebrowania <na wywiady przyszedł czas później> udaliśmy się na Bahnhof Zürich Enge, gdzie uraczyłem się jakimkolwiek jedzeniem i ciepłą herbatą. Stamtąd bezpośrednio udaliśmy się do Wallisellen, gdzie już dźwięcznym krokiem byłem w stanie pokonać magiczne schody. W mieszkaniu pakowanie, udzielenie obszernego wywiadu dla jednej z lokalnych telewizji i wyruszenie w drogę na lotnisko. Droga na Zurich Airport obfitowała w sporą ilość &#8211; mniej lub bardziej mniej &#8211; śmiesznych żartów. Ok. 15.30 zameldowaliśmy się na lotnisku. Lot był zaplanowany na 17.05, także co by nie przedłużać, zaraz po nadaniu bagażu był check-in i o wspomnianej wcześniej godzinie oderwałem się od tej neutralnej, szwajcarskiej ziemi...


* czytałeś/-aś to na własną odpowiedzialność, także autor nie ponosi kosztów straconego czasu
** jeżeli nie zrozumiałeś/-aś większej połowy tekstów, a druga &#8211; ta mniejsza, wydała Ci się mało śmieszna... bywa
*** wspomniany wyjazd dał mi jeszcze znać o sobie pod koniec kwietnia, kiedy to przyszedł mi rachunek za telefon... wink

Do góry
#6692783 - 15/06/2016 21:21 Re: Bieganie [9] [Re: Trewor]
Trewor Offline
veteran

Meldunek: 23/12/2001
Postów: 1483
Dzisiaj zobaczę trochę gdzie "jestem", a jak się już &#8222;coś&#8221; uda to będzie dobrze...
  • Miejsce: Kraków
  • Data: 13.05.2016 r.
  • Dystans: 10 km
  • Oficjalny czas: 38:18 New PB
  • Tempo: 3:50/km
  • Open: 32/2615
  • M30: 14/516
  • Nie ma Cię na endo to nie istniejesz

Tegoroczne święto biegania w Krakowie pt. "15. Cracovia Maraton" rozpoczęło się już w piątek 13.05.2016 r. od Biegu Nocnego (ponoć wierzenie w przesądy przynosi pecha, także...). Dla mnie była to druga edycja tegoż biegu. Pierwszy raz startowałem w nim 2 lata temu, o czym można poczytać tutaj (czasami sam się śmieję, jak czytam co napisałem...). Po tamtym biegu "zdecydowałem się" na ponad półroczną przerwę we wszelakiej aktywności fizycznej, także pozostaje mieć nadzieję, że po tegorocznym moja "motywacja" będzie trwalsza...

Start biegu zaplanowano na godz. 21.00, a biuro zawodów (wg informacji na stronie internetowej) miało być czynne tylko do 18.00. O 16.05 byłem jeszcze w wodzie i próbowałem przekonać małego Zdzisia, że jak na ułamek sekundy zanurzy głowę do wody, to naprawdę mu się nic nie stanie. O 16:10 szybki shower, żeby o 16.20 wraz z trójką śmiałków (dość, że ich małżonki puściły wink ) już podążać drogą nr 44 w stronę Krakowa. Pod AGHiem zameldowaliśmy się o 17.50 i co by nie ryzykować, pieszo udaliśmy się na stadion im. Reymana (tak, tam było zlokalizowane biuro zawodów). Na miejscu okazało się, że biuro było/miało być czynne do 20.00 (ot taka ciekawostka...). Ale OK, niech będzie. Ustawiliśmy się po odbiór co nasze, czyli w moim przypadku po numer startowy 1280 z napisem Robert i koszulkę w rozmiarze M. Okazało się, że dostałem nr startowy 1291 z napisem Grzegorz i koszulkę z "napisem" L. Jeśli chodzi o numer to wynikło jakieś misunderstanding, ale że ja biegam dla innych cyferek, to było to bez znaczenia. Gorzej miała się sprawa z koszulką. Okazało się, że rozmiar M został już "wyprzedany". Grzecznie poprosiłem Panią z obsługi, żeby się mi na moment przyjrzała i powiedziała po co mi koszulka w rozmiarze L? tongue . Po krótkich konsultacjo-negocjacjach z osobami wyżej "położonymi" doszliśmy do consensusu. Początek imprezy może nie był "najsmaczniejszy", ale byliśmy pozytywnie nastawieni do tego wszystkiego. Jeden z moich kolegów nawet do tego stopnia, że zaproponował żebyśmy poszli na kebab skoro do biegu pozostało jeszcze ~3h. Równie spokojnie i dosyć szybko wyperswadowaliśmy mu ten pomysł z głowy. Udaliśmy się tylko do pobliskiej "ropuchy", gdzie każdy zakupił na co miał ochotę. W moim przypadku "wyjątkowo" padło na serek wiejski i jakąś pastę z pstrąga. Do tego dwie bułki i mój pobiegowy posiłek został skompletowany. Ok. 1-1.5h pokręciliśmy się w okolicach Błoni, "Cichego Kącika" i innych takich. Około 19.40 udaliśmy na stadion im. Reymana, gdzie były zlokalizowane szatnie oraz depozyt. Tutaj duży plus dla organizatorów, że angażują w takie imprezy takie obiekty. Szatnia duża, przestronna, pod prysznicami 14 pryszniców, a na tablicy odpraw widniała jeszcze kartka z wyjściowym składem Wisły Kraków na mecz ze Śląskiem Wrocław. Spokojne organizowanie się w szatni, ostanie zdjęcia przed i... rozeszliśmy się każdy w swoją stronę... OK, przynajmniej ja tak zrobiłem. Przed wyjściem ze stadionu rzuciłem okiem na wiszący na drzwiach termometr, który wskazywał idealne 15 stopni Celsjusza. I wszystko byłoby OK, gdyby nie padający z nieba deszcz. Ale tragedii nie było... jeszcze wink . Tradycyjna/standardowa rozgrzewka wzdłuż Błoń i około 20.45 udałem się na linię startu, aby zająć dobrą pozycję wyjściową. Nie było z tym większego problemu. Pomimo (jak się miało okazać) ~2.6k startujących w przednich rzędach nie było tłoczno. Widać, że społeczeństwo biegowe staje się coraz bardziej świadome, co może cieszyć.

Tym razem polskie trzy, dwa, jeden i... start.

Przed biegiem napisałem do Kogoś: "Dzisiaj zobaczę trochę gdzie "jestem", a jak się już "coś" uda to będzie dobrze...". Jako że ten Ktoś jest bardzo "świadomy" to zrozumiał o co chodzi, a jak Ty nie rozumiesz to... Nie masz się co martwić, bo interpretacja może być dowolna.

Celem na najbliższe starty było złamanie 39:00. Docelowa próba miała mieć miejsce w Pszczynie, a Kraków miał być tylko przystankiem na żądanie... na żądanie, które się zżądało. Strategia była prosta: pierwsze 5 km w tempie 4:00, a drugie w 3:50. Miało z tego średnie tempo 3:55, czyli na mecie coś na granicy 39:00. 1 km w tempie 3:57, a drugi w 4:03. Ten drugi był wprowadzeniem na rynek, a tam kostka w połączeniu z deszczówką nie stworzyła najlepszego zestawu. Ale samo wbiegnięcie na Rynek Główny było całkiem przyjemne. Sporo ludzi, "kibiców", naganiaczy do różnych pubów, dyskotek tudzież innych miejscówek ( wink ). Kolejne trzy kilometry zrobiłem w tempie poniżej 3:50 i ku delikatnemu zaskoczeniu czułem się w tym przedziale całkiem komfortowo. Na 6 km napotkałem 3/4 zawodników, którzy stworzyli tj. pociąg. Był on o tyle przydatny, że biegliśmy akurat Bulwarami wzdłuż Wisły, gdzie opady deszczu się nasiliły i gdzie pojawił się również wiatr. Niestety jak to w Polsce bywa tempo tegoż pociągu nie za bardzo odpowiadała moim Boostą i musiałem zdecydować się na samotną ucieczkę. Po wyprzedzeniu owych 3/4 biegaczy przede mną nastała pustka i ciemność. Nawet do tego stopnia, że sięgając wzrokiem na pewną odległość (brawo, konkretne określenie...) nie byłem pewien, gdzie będę musiał za chwilę biec/skręcać. Trasa oczywiście była dobrze oznaczona i gdy zbliżałem się do zakrętów na odległość ~20 m to je zauważałem. Niebawem jednak, bo już na 8 km wbiegłem na Błonia, a tam już dobrze wiedziałem co, gdzie i jak mam robić. 8 km w 3:42, 9 km w 3:46 i 10 km w 3:31 dopełniły całość w postaci 38:18 na tablicy wyników, a tym samym New PB stało się faktem.

Po kwietniowych doświadczeniach pogodowych z pobliskiego Zurichu przed biegiem pozwoliłem sobie napisać, że "jak śnieg nie będzie padał, to dla mnie już będzie wybornie laugh ". I okazało się to być true story.

Trasę określiłbym jako płaską i korzystną do pokonywania kolejnych życiówek (no ale cóż inszego mógłbym o niej napisać tongue ).

Na mecie czekał na nas medal, całkiem dobra woda Id'eau, napój Move - niestety tylko o smaku - jak się okazało - niezbyt przyswajalnym przez mój organizm, czyli lime&mint (z mięty to ja tylko wodę z miętą i orbitki) oraz folia NRC. Z mety pod prysznic było całkiem blisko, także po jakimś czasie udało mi się dotrzeć do tej "słodkiej chwili".

W ten sposób właściwy/oficjalny etap biegu się zakończył. Pomimo tych kilku drobnych lub mniej drobnych niedociągnięć z samego początku oceniam bieg/organizację pozytywnie.

Jako że na rynek było niedaleko postanowiłem spróbować namówić moich kompanów, żebyśmy udali się tam jeszcze raz, chociaż na moment i niekoniecznie w tempie 3:50. Pomimo, że bardzo chcieli już wracać do swoich domostw, dzieci, a przede wszystkim do swoich ukochanych Żon (częstym słowem, które padało/słyszałem było tęsknota - nie mylić z bliskoznacznym wyrazem strach tongue ) udało mi się. Jednak te moje namowy trwały tak długo, że do domu wróciłem dopiero koło 3.00 wink.

Kolejny start będzie miał miejsce 5 czerwca w Pszczynie. Plany zbytnio się nie zmieniły i w dalszym ciągu mam zamiar złamać tam życiówkę... (a przynajmniej miałem, bo po spotkaniu z Połoninami moje czwórki wciąż tam są... wink ).

- Co to masz takie kolorowe?
- Rozpiska treningów.
- I co tam masz, bo nie chce mi się ubierać okularów?
- No np. jutro 4 km w tempie 4:50, potem zabawa biegowa, czyli 6x 6 minut w tempie ~4:00 z 3 minutową przerwą, a potem...
- No tak, wszystko zrozumiałam.
- A gdzie teraz pobiegniesz?
- W Pszczynie.
- Kiedy?
- 5 czerwca.
- I na ile?
- 10 km.
- A to tam też na 10 km?
- Też.
- I ile Ci to zajmie? Ponad 40 minut?
- Mam nadzieję, że mniej niż 38 minut...
- To my nawet lodów nie zdążymy zjeść na rynku?
- Nie no, z lodami to Wy sobie dobrze radzicie.
- W sumie tak... zawsze możemy wziąć gałki na wynos.

Do góry
#6763331 - 21/09/2016 21:58 Re: Bieganie [9] [Re: Conrad]
lupus Offline
antimadrista

Meldunek: 06/01/2005
Postów: 26258
Skąd: Fenway Park, Boston, MA
Do 23 wrzesnia strava premium na miesiac jest za free.
Trzeba tylko pamietac aby przed uplywem miesiaca skasowac premium, inaczej po tym okresie pobierze oplate.

Do góry
#6763409 - 22/09/2016 03:40 Re: Bieganie [9] [Re: Conrad]
Self-Confident Offline
Pooh-Bah

Meldunek: 20/12/2008
Postów: 2374
Skąd: Sydney
Kupilem sobie zegarek garmin fenix 3, mega polecam, dziala swietnie

Do góry
#6838213 - 04/01/2017 14:19 Re: Bieganie [9] [Re: lupus]
lupus Offline
antimadrista

Meldunek: 06/01/2005
Postów: 26258
Skąd: Fenway Park, Boston, MA
Znowu promocja na strave premium, na miesiac jest za free.

Trzeba tylko pamietac aby przed uplywem miesiaca skasowac premium, inaczej po tym okresie pobierze oplate.

Do góry
Strona 4 z 4 < 1 2 3 4

Moderator:  Biszop, Da Bartek, Platini, rafal08 



Kto jest online
18 zarejestrowanych użytkowników (Sensei, quincy, pacyfista, Zaixi, TEO, Ojro, alfa, mafia, baracuda, Kura, baranwodzu, Loonatic, Pepele, akagi, Irek, bukma, forty, moor6), 481 gości oraz 11 wyszukiwarek jest obecnie online.
Key: Admin, Global Mod, Mod
Statystyki forum
23808 Użytkowników
106 For i subfor
47663 Tematów
5141150 Postów

Najwięcej online: 1042 @ 19/03/2008 01:24