19-letni Afgańczyk spędził ponad 30-godzinną podróż z Grecji do Polski, przywiązany pasem do podwozia autokaru. Na miejscu zorientował się, że jest w Polsce, a nie tak jak zamierzał we Włoszech - informuje brytyjski dziennik „The Daily Telegraph”.
Chłopaka znaleźli mechanicy, którzy sprawdzali stan techniczny autobusu. - Italia? - zapytał Afgańczyk po wyjściu z kryjówki, w której przesiedział prawie trzy tysiące kilometrów.
Zamiast we Włoszech jego wyprawa zakończyła się w Polsce, bo mężczyzna przywiązał się do złego autobusu. Przejechał Macedonię, Serbię, Węgry i Słowację. Linka biegów obcierała mu twarz za każdym razem, gdy kierowca zmieniał bieg.
19-latek nie miał przy sobie żadnych dokumentów. Wiadomo jednak, że nazywa się Yahiya i pochodzi z Kabulu. Mężczyzna pozostanie ośrodku dla uchodźców dopóki władze nie podejmą decyzji w jego sprawie.
„Na pokładzie przechylonego sztormem statku, który w każdej chwili może zatonąć, przebywa piętnastu chrześcijan i piętnastu Turków. Aby uratować łódź, trzeba sprawić, by była lżejsza, dlatego połowa ludzi musi być wyrzucona za burtę. Jeden z chrześcijan zaproponował, by wszyscy ustawili się wkoło i za burtę wyskakiwała każda co dziewiąta osoba. Jak powinni ustawić się chrześcijanie, aby zginęli sami Turcy?”.
Nad takim zadaniem matematycznym głowią się uzdolnieni uczniowie szkół podstawowych, którzy przygotowują się do słynnego międzynarodowego konkursu „Kangur Matematyczny”. Znalazło się ono w 12. zeszycie serii „Miniatury matematyczne dla szkół podstawowych”, opublikowanym w 2004 r. przez toruńskie wydawnictwo Aksjomat.
Tytuł tego kolorowego i zawierającego w większości ciekawe zadania zeszytu, brzmi „Uczymy się myśleć poprzez rozrywkę”.
– To bardzo ciekawy problem matematyczny, ale istotnie: zadanie ma nieszczęśliwą treść – ubolewa współautor zeszytu ćwiczeń Zbigniew Bobiński z Wydziału Matematyki i Informatyki UMK. – Gdyby przynajmniej opisano historię tego zadania, wytłumaczono kontekst... Z drugiej strony jest on niepotrzebny, nic nie wnosi w sensie matematycznym. Z czystym sumieniem mogę zresztą powiedzieć, że ostrzegałem moich kolegów przed zamieszczaniem zadania o takiej treści. Ale ktoś się uparł.
Bohater londyńskiej Chelsea z Anfield Road, Serb Branislav Ivanović, mógł grać w Polsce. Uznano jednak, że jest... za słaby - czytamy w Fakcie. 25-letni reprezentant Serbii, Branislav Ivanović, był obserwowany cztery lata temu przez polskich menedżerów. Ivanović był wówczas piłkarzem OFK Belgrad. Wśród polskich menedżerów, którzy wówczas obserwowali utalentowanego Serba, był Jerzy Kopa z Groclinu Dyskobolii Grodzisk Wielkopolski, czyli de facto dzisiejszej Polonii Warszawa.
- Uznano jednak, że w polskiej lidze Serb by sobie nie poradził. Za Ivanovicia chcieli zapłacić jakieś śmieszne pieniądze. 100–150 tysięcy dolarów. Do gry weszli Rosjanie z Lokomotiw Moskwa i wyłożyli milion dolców - opowiada Janusz Olędzki, skaut londyńskiego klubu.
Ivanović dobrze spisywał się w lidze rosyjskiej, gdzie rozegrał ponad 50 spotkań w tamtejszej Premier Lidze. Wtedy zainteresował się nim Rosjanin Roman Abramowicz, właściciel Chelsea Londyn. Do tej pory w barwach londyńskiego klubu, Serb wystąpił dziesięciokrotnie.
- Nasze kluby boją się ryzykować i kupować młodych chłopaków z Bałkanów, brakuje też ludzi, którzy znają się na piłce i mogą polecić gracza na odpowiednim poziomie. Dyskobolia mogła mieć przecież także innego zawodnika z Serbii, Nenada Milijasa. Ale kiedy pojechał na zgrupowanie do Austrii z tym klubem i zagrał w sparingu, usłyszał, że... mamy tu lepszych. Dziś Milijas jest reprezentantem kraju - przypomina inną podobną sytuację Olędzki.