Mario Anèić (ATP 135), były półfinalista Wimbledonu i siódma rakieta świata, skreczował przy stanie 6:3, 3:6, 0:1 w meczu przeciw Dawidowi Olejniczakowi (ATP 576). Bełchatowianin jest w ćwierćfinale turnieju Futures w niemieckim Nussloch.
Mario Anèić (ATP 135), były półfinalista Wimbledonu i siódma rakieta świata, skreczował przy stanie 6:3, 3:6, 0:1 w meczu przeciw Dawidowi Olejniczakowi (ATP 576). Bełchatowianin jest w ćwierćfinale turnieju Futures w niemieckim Nussloch.
Nie ważne jak, ważne, że wygrana
fajnie i gratulacje dla naszego a tak w ogóle to co się z Mario, fajny grajek kiedyś z niego był dalej kontuzje??
poszło właśnie za 104 miliony $$$ nowy rekord w świecie sztuki, nabywca nieznany, zbywca to upadły majątek Drensden Banku... (osobiście bym za takie coś piątaka nie dał...ale de gustibus )
poszło właśnie za 104 miliony $$$ nowy rekord w świecie sztuki, nabywca nieznany, zbywca to upadły majątek Drensden Banku... (osobiście bym za takie coś piątaka nie dał...ale de gustibus )
czemu...mi się to podoba...gustowne jak na moje oko.
na plastyce w przedszkolu chyba robiłem coś podobnego z plasteliny...
104 miliony, rozumiem, że ludziom jest za dobrze, ale mogli by wspierać jakieś organizacje jak nie mają na co pieniędzy wydawać, nie 104 miliony, z czego to jest zrobione ?
Przynajmniej kasa pójdzie na cele kulturalne, bowiem te 104 miliony wpłyną na konto fundacji Commerzbanku (który przejął ten upadły Dresnden, jest też właścicielem chocby naszego BRE & mBanku & Milenium), która to fundacja wpiera różnego rodzaju muzea.
no tak, Polska kraj trzeciego swiata, jego rzad i mieszkancy nie potrafia sami o glodne dzieci zadbac. jedyna nadzieja w workach ryzu zrzucanych z samolotow albo w jakims miliarderze, ktory odpusci sobie zakup rzezby i wysle kase do pl.
http://tech.wp.pl/kat,1009785,title,Iplexpl-bezplatna-wypozyczalnia-filmow-online,wid,11924263,wiadomosc.html filmy w necie za darmo... jesli chodzi o oferte to szalu nie ma, ale za to w 100% legalne
Sportowy biznes z każdym sezonem brutalniej ingeruje w nasz wolny czas, najchętniej podłączyłby klienta do kroplówki i aplikował swoje wyroby okrągłą dobę. Co spożywającemu pozwala wgryźć się głębiej w temat, ale zarazem wpycha go w niszę, redukuje szanse, by zajrzał gdzieś indziej. Pcha w stronę tej chwili absolutnego spełnienia, w której będziemy wiedzieć wszystko o niczym
Nie znoszę szlajającego się za mną bez ustanku przeświadczenia, że o dowolnej porze dnia i nocy trwa gdzieś Niezmiernie Ważny Mecz i jeśli tylko zapragnę, wystarczy pstryknąć, by go własnoocznie skonsumować. Słyszeliście, jak wyglądały rozgrywki ligowe dawno, dawno temu, w tych błogosłowionych czasach, w których tzw. tradycyjna rodzina gromadziła dzieci, a nie telewizory? Całą kolejkę upychano w jednym dniu - wręcz o jednej godzinie - więc kibic pochłaniał pojedynczy mecz, resztę skubał w ochłapach zwanych skrótami, a potem musiał odcierpieć o suchym pysku cały tydzień, do następnej skondensowanej dawki.
Klasyczną ligową miksturę rozrzedzaliśmy stopniowo, wraz z narastającą reprodukcją monitorów, kanałów, platform, portali i innych relikwii ery cyfrowej. Dziś przez blisko trzy doby z rzędu pogrywa i nasza podle szara Ekstraklasa, i baśniowo malownicza angielska Premier League. A to wcale nie koniec, niebawem rozciągnięta w czasie zostanie hiszpańska Primera Division, jesienią zaś zamierza wszystkich przebić włoska Serie A - przystawkę zaproponuje w piątek, kolejne dania wjadą w sobotę o godz. 18 i 20.45 oraz w niedzielę o 12.30, 15 i 20.45, deserem dopchamy się w poniedziałkowy wieczór. Runie kolejna bariera, kolejka będzie trwała dłużej niż postna reszta tygodnia.
Dotrzemy niemal do granic ludzkiej przyswajalności, bo we wtorek, w środę i czwartek UEFA przez sporą część sezonu podsuwa nam europejskie puchary (1/8 finału Ligi Mistrzów właśnie rozlała na cztery tygodnie!), więc gorliwy wyznawca calcio będzie mógł przyklękać przed ekranem codziennie. Dlaczego testuje się lojalność fana coraz namolniej, nie wypada nawet wyjaśniać - każdy średnio rozgarnięty niemowlak pojął już, że Barcelona i Real grają o tej samej porze wyłącznie wtedy, gdy tłuką się w Gran Derbi, bo pozwolić im wybiec na boiska równocześnie byłoby niesłychanym marnotrawstwem.
Sportowy biznes z każdym sezonem brutalniej ingeruje w nasz wolny czas, bez wytchnienia bada, ile można wycisnąć kibica z kibica, sprawdza jego wytrzymałość, najchętniej podłączyłby klienta do kroplówki i aplikował swoje wyroby okrągłą dobę. Co spożywającemu pozwala wgryźć się głębiej w temat, ale zarazem wpycha go w niszę, redukuje szanse, by zajrzał gdzieś indziej. Pcha ku wąziutkiej specjalizacji, w stronę tej chwili absolutnego spełnienia, w której będziemy wiedzieć wszystko o niczym. Przed telewizorem siad, chcesz być na bieżąco, to nie odpuszczaj, albo się interesujesz, albo nie, ustal wreszcie, czego chcesz od życia etc.
Namysł nad wielokanałowym, prowadzonym z tysięcy stadionów i hal medialnym ostrzałem polecam tym, którzy biadają nad niesprawiedliwym losem polskich siatkarek - przecież multimedalistek mistrzostw Europy - i są święcie przekonani, że jeśli nikt nie chce płacić majątku za ligowe transmisje ich popisów, to tylko wskutek krzyczącej niekompetencji działaczy.
Działacze swoje zaniedbali, wypominania im bierności nigdy za mało, ale też byłoby niesprawiedliwe pominąć jeszcze jedną przeszkodę - polskiego siatkarza bądź też, jak kto woli, ograniczoną zdolność homo sapiens do przyjmowania danych.
Męska siatkówka też podążyła za globalnym trendem, też bombarduje nas transmisją za transmisją, nadaje z rosnącym natężeniem, uświadamia, że sławny dylemat, czy być, czy jednak nie być, wyparły pytania egzystencjalnie donioślejsze - oglądać czy nie oglądać i co oglądać. Siatkarze zupełnie jak piłkarze skaczą nam przed oczami bez przerwy i nawet osobnik uzależniony wyłącznie od tej jednej dyscypliny zbliża się do momentu, w którym odkryje, że i on dysponuje ograniczoną przepustowością.
Wybierać musi odbiorca, wybiera nadawca. Stawiają na faceta, bo transmisje z ligi kobiet straszą na ekranach halami o przestronności kurników, na wpół martwymi trybunami, mierną wartością sportową. Nawet jeśli siatkarki zdołają wyskakać przyzwoitą oglądalność, to często zawdzięczają ją nie wytrawnym smakoszom wielkiego sportu, lecz - feministki, wymierzcie we mnie widelce - przygodnym smakoszom anatomicznych zaokrągleń. Za sportem kobiet nie przepadają - feministki, unieście tasaki - ani fani, ani fanki. Relacjonował swego czasu w "Gazecie" Michał Kiedrowski, jak trudno sprzedać go nawet w Ameryce, w której zawodowe ligi prosperują rewelacyjnie. Męskie ligi.
Siatkarki są niemal bez szans. Doby wciąż nie wydłużyliśmy, ba, nie rozpoczęto nawet prac nad wydłużeniem, mózgi jajogłowych zaprzęgnięto prawdopodobnie do wymyślenia, jak zainstalować nam dodatkowe w pełni wyposażone oczodoły, żebyśmy przykleili je do kolejnych ekranów i kolejne ekrany kupowali, realizując ludzkości cel ostateczny, czyli napędzając wzrost PKB. Niestety, dodatkowe oczodoły lub dosztukowana do doby 25. godzina też niekoniecznie ligę siatkarek ocalą, bowiem zawsze można przeprowadzić transmisję z jeszcze jednego meczu męskiego, a ów mecz męski - również niespecjalnie szlagierowy - może okazać się ciut bardziej zajmujący niż batalia Muszyny z Żukowem, nawet pomimo bogactwa podtekstów odwiecznej rywalizacji gór z morzem.
I niewiele zmieni kolekcjonująca medale reprezentacja, wokół której publikę dzięki marce "Polska" zgromadzić łatwiej. Zgromadzić na chwilę. Lud hipnotyzują trójwymiarowe Avatary i podobne hipermegasuperatrakcje, z ekranów HD wyprężają się najwspanialsi atleci na planecie, konkurencji nadal przybywa. Nawet mityczne, mlekiem i miodem płynące Włochy - panują i w LM, i w ME - skazują siatkarki na prowizorkę, finansową chybotliwość, niepewność jutra. Kluby co rusz upadają, oddają miejsce w lidze tym, które akurat uciułały trochę grosza, w bieżącym sezonie rozgrywki trzeba było okroić, bo zabrakło drużyn. Anomalią w kobiecej siatkówce nie jest kryzys, anomalią są niezwykłe chwile, gdy od chronicznego kryzysu uda się uciec.
Jedynym zgrzytem organizacyjnym podczas ceremonii losowania grup eliminacji do EURO 2012 był kolportaż ulotek założycieli strony koniecITI.pl. Nielegalne ulotki znalazły się w materiałach wręczanych dziennikarzom z całej Europy. Zdziwienie dziennikarzy było duże, gdy z koperty, którą wręczono im podczas odbioru akredytacji, wyjęli kolorową ulotkę z oficjalnym logo EURO 2012. Tytuł głosił: RAZEM NA EURO 2012 - wesprzyj kibiców.
W tekście autorzy - kibice Legii - namawiali dziennikarzy do wspomożenia ich w konflikcie z właścicielami klubu, grupą ITI. Przedstawiciele zagranicznych mediów dopytywali: o co w tym wszystkim naprawdę chodzi.
"Nasz protest to walka o elementarne prawa obywatelskie, wolność słowa, możliwość wyrażania swoich poglądów, swobodę podróżowania po Polsce na mecze ligowe (...). Przeciwko zwykłym kibicom wystąpił koncern medialny, dysponujący własnymi stacjami telewizyjnymi, prasą oraz wpływami w świecie polityki. (...) Jesteśmy nieustannie inwigilowania, zastraszani, szykanowani. Kibice nie mogą kupować biletów na wybrane sektory, bez żadnych podstaw prawnych uniemożliwia się im wybór miejsc. Za opuszczenie krzesełka, ponad którym rozpościera się chmura rozpylonego przez ochronę gazu, kibice zostają karani dwuletnim zakazem stadionowym. (...)" - czytamy m.in. w ulotce.
W sobotę policja zatrzymała dwie osoby odpowiedzialne za kolportaż nielegalnych materiałów. Jedną z nich był wolontariusz, który podrobił identyfikator koledze, a ten właśnie rozdawał dziennikarzom ulotki. - Zdarzył się drobny incydent. Wyjaśniamy go. Jeżeli się okaże, że doszło do wykroczenia, czy popełnienia przestępstwa, to winni zostaną pociągnięci do odpowiedzialności - zapewnił Adam Olkowicz, dyrektor turnieju EURO 2012 w Polsce.
Zarząd Legii zastanawia się, czy nie oddać do sądu organizatorów losowania grup EURO 2012. Z rzecznikiem klubu nie udało nam się skontaktować w tej sprawie.